Blog > Komentarze do wpisu
O lekach musi być też, prawda?

 

 

Dzień po pregabalinie był trudny. Przebudzenie cudowne, głęboki spokój. Wstać nie było już łatwo i właściwie to głupie, że się zmusiłam, trzeba było leżakować. Z czasem niepokój i natłok myśli były coraz większe, aż do kilku ataków paniki, po raz pierwszy na wyspie. Chwilami uświadamiałam sobie, w jak rozległej psychozie jestem, czując jednocześnie, że nie mam siły jej zakończyć, czuję się "pochłonięta". I to charakterystyczne poprochowe wyczerpanie. Obudziłam się lekko opuchnięta, słaba, serce przypominało mi o swoim istnieniu. Na tego typu skutki uboczne mnie nie stać, pamiętam jak fatalnie pracowały moje nerki po 2 miesiącach i jak długo sikałam po odstawieniu, jakby z ciała zeszły potężne zapasy wody. Wodospad:)

Wiedziałam więc, że dziś muszę poradzić sobie bez prochów, a także że muszę wytrzymać do okresu, wtedy być może, jak zawsze, poczuję się inaczej. Hormonalny horror.

Przeczytałam dzisiaj, że ból, odczuwany przez osoby z BDP jest porównywalny do bólu poparzeń 3 stopnia, całego ciała. Używając swojej bujnej wyobraźni, jestem w stanie się z tym zgodzić.

Rozmawialiśmy dziś chwilę o sytuacji, powiedziałam o wczorajszej pregabalinie i jest pomysł konsultacji z doktorem. O tej samej porze roku. Mogę spróbować citalu, poprawia funkcjonowanie mojej siostry i choć w wielu zaburzeniach osobowości się różnimy, być może, ze względu na podobieństwo genetyczne, zadziała i u mnie. Po zeszłorocznym doświadczeniu z lekami wiem już, że potrzebuję używać ich okresowo, nie "do końca życia". Wtedy, po 3 miesiącach życia za szybą, po odstawieniu życie zaczęło smakować mi od nowa. Doceniałam możliwość czucia wszystkiego intensywnie, tak naprawdę.

Teraz jestem tak zmęczona, że myśl o wspierającym prochu, który nie będzie mnie zamulał jest przyjemna, czekam na to. To "poddanie się" jest równie przyjemne jak rok temu. Nie muszę już niczego udowadniać, niczego musieć. Teraz mogę tylko jakoś ocalić swoje ciało i dotrwać w jak najlepszym stanie do chwili, kiedy coś mi się znowu zachce. Zupełnie jak Gabrielle Roth, kiedy wstawała rano z łóżka. Zawsze uśmiechałam się w środku, przypominając sobie o jej metodzie uzyskiwania "wewnętrznego impulsu". Jest bardzo bliska mojej naturze.

poczytaj o niej


Obejrzeliśmy dziś "Anihilację". Czy ludzki lęk przed śmiercią może być spowodowany przez podskórne odczuwanie nieustannej autodestrukcji, ciągłego zużywania, prowadzącego do całkowitej anihilacji i przekształcenia energii? Czy dlatego niektórzy ludzie, po przeżyciu otarcia się o śmierć, mają tak wyje**ne na wszystko? Albo bardzo starzy ludzie - "nabali" się już tyle, że postęp rozpadu już ich nie rusza. Może tak być?

Chyba tęsknię trochę za malowaniem. Chciałabym tym zarabiać na życie.

 

wtorek, 13 marca 2018, czlowieknabiegunach

Polecane wpisy