Blog > Komentarze do wpisu
Tyle pomysłów jak umrzeć, a tak mało jak żyć.

 

 

Genialna ilustracja sytuacji

 

Minęły 3 lata, pora na kolejny wpis...;)

Zdaje się, że wyczerpałam już wszystkie opcje. Ostatnia osoba, z którą zdecydowałam się żyć, ma mnie dość i nie wierzy już we mnie, a ja czuję, że nie mogę Go dłużej więzić, prosić o kolejną szansę, muszę pozwolić mu odejść, nie dając po sobie poznać, że wtedy i ja odejdę. Żadnych szatnaży. Na wyspie miało być inaczej, a nie jest. Zdaje się, że jestem nieuleczalna.

Dostałam wszystkie możliwe szanse, nawet przeniosłam się z tak trudnego emocjonalnie kraju jak Polska na piękną zieloną wyspę na oceanie - wszystko na nic. Prawie 40 lat prób - wszystko na nic. Szczęście, że nie pozwoliłam nikomu zostać moim dzieckiem. Dziś nie mam nawet z kim porozmawiać o tym, jak się czuję. Zachowując pozory, żyję w takiej samej izolacji, jak babcia. To w sumie przerażające, że na tak przeludnionej planecie nie ma ANI JEDNEJ osoby, której w tej chwili mogłabym powiedzieć to, co tu piszę. No jedna, jeśli zapłacę 120/h. Potworne.

Tyle lat życia w poczuciu oczekiwania na śmierć. Tyle lat przedłużania mojej chorej egzystencji. Nikt nie może powiedzieć, że "to mogło skończyć się inaczej". Nie mogło. Dostałam aż za wiele, zmarnowałam za wiele.

Siedziałam dziś nad oceanem, wiało. Chcę zrobić to tak, żeby nikt nie miał problemu z ciałem. Żadnego przewożenia, identyfikacji, niech zniknie. Tylko myśl o ojcu jest trudna, ten moment, kiedy się dowie, ból z którym zostanie do końca... smutek w jego oczach, cień który już nie zniknie... Poczucie winy, że mógł coś zrobić, tak jak ze swoim ojcem... choć nie mógł, choć zrobił aż za wiele. Tego nie potrafię rozwiązać. Ale czy mam "żyć" tylko dlatego, że nie mogę zadać mu śmiertelnego ciosu?


Wiem, że to już było, że już chciałam się zabić, a potem wszystko się zmieniło i było dobrze. Być może za każdym razem, kiedy to wiem, jestem przekonana, że "tym razem" już koniec, a potem to mija, czuję się lepiej i życie przynosi różne radości. Jakkolwiek, jeśli On nie wierzy już we mnie, jeśli już wie, że jedyne co może zrobić, to ewakuować się i ocalić siebie, to "tym razem" naprawdę jest inaczej. Jakiś etap trzeba podsumować i podjąć decyzję. Jestem zbyt zmęczona sobą i zbyt świadoma, że nie mogę już nikogo sobą obciążać, wikłać w siebie.

Zatęskniłam do sprawienia sobie bólu. Dawno tego nie czułam /a może nie pamiętam, kto wie/, co oznacza, że ból który czuję, jest spory, za duży. Rozważam wzięcie pregabaliny, może da mi 1 dzień ulgi. Mija rok, a ja znowu poszłabym po prochy.

Wczoraj miałam chęć wskoczyć do oceanu tak, jak stałam. Trzeba było, tylko daleko i z wysoka.


Mam jednocześnie tyle perspektyw, tyle punktów widzenia, że nie mogę tego wytrzymać. To nie są "głosy", to jakby mieć w głowie tłum osobowości, z których każda twierdzi co innego i nie móc ich powstrzymać. Walczą o moją przestrzeń, dla mnie zostaje maleński skrawek, chyba tylko po to, żeby w rozpaczy zdać sobie sprawę, że nie ma dla mnie miejsca.  Przed okresem to zjawisko przybiera na sile, znienacka, powoli, zwykle orientuję się, kiedy jest już ostry bal. Dla M to musi być okropne. To był duży błąd, że się urodziłam, genetyczny błąd kosmosu. Ja nie istnieję; zwykły biologiczny instynkt przetrwania sprawia, że przystosowuję się do okoliczności, przybieram tożsamości, nic więcej. 40 lat.


Wzięłam pregabalinę. Zaczynam czuć miły spokój. I świetnie, tylko jaki sens żyć, żeby się znieczulać.

Przychodzi to samo otępienie, co rok temu. Nic mnie już nie rusza, przestałam płakać. Nic mi się nie chce, jestem pomiędzy byciem i niebyciem. Mniej myśli, szybko znikają, nic nie ma znaczenia. Niczego nie potrzebuję. Tak spędziłam rok temu ze trzy miesiące i pamiętam, że tak nie chcę. Czyli zero opcji.


Minęły 3, czy 4 godziny. Z małym uzupełnieniem w dymie jest całkiem miło, na pewno poprawił się poziom endorfin. Pozwalam sobie na rozsypkę, trochę nawet beztroską, to był chyba największy dar pregabaliny - mogłam się rozsypać, na jakiś czas czegoś nie móc, pewnie odpocząć od "trzymania się". Czuję, jak wszystko we mnie opada, jak cicho robi się w mojej głowie. Pojawia się znowu chęć ogarnięcia steru, odnalezienia się, "rozwiązania zagadki".

Czuję się bardziej gotowa na opuszczenie tego miejsca, niż kiedykolwiek wcześniej. Czuję, że lepiej ze mną już nie będzie, że uszkodzenia są zbyt determinujące - z drugiej strony jakaś moja przygodowa część wietrzy przygody i dobry czas. Prawie dotyka tego świata, w którym wszystko "dobrze się układa" i jest nam dobrze. Więc kiedy mam wybór, dlaczego mam wybrać psychiatryczną masakrę zamiast przyjemności.

Dlaczego o tym zapominam, o przyjemności. Kiedy ona jest azymutem, jest przyjemnie.

Czy to skutek defektu? Czy mogę go naprawić? Czy jest możliwe, że to fragment struktury samego rdzenia i musiałby to być proces tak głęboki i całościowy, jak u Grofa, bo inaczej nie ogarnęłabym pędzących kostek domina? Może tylko niewystarczająco się koncentruję i dlatego nie osiągam nawet 10% mocy /dane na dziś/? A może tylko brakuje mi tych chwil w ciągu dnia, kiedy odpoczywam sama ze sobą. Bo po to się przecież choruje.

Być może potrzebuję znowu wrócić do prostych rzeczy, na które biegając w kółko "nie miałam czasu", a raczej zwyczajnie o nich zapominałam, wchodząc w tryby obłędu. Kłaść się w czasie dnia na 10 - 15 minutek. Częściej jeść, częściej pić wodę. Wychodzić na samotne wyprawy fotograficzne. Rozciągać się, ruszać, ćwiczyć. Nie jeść cukru. Zjeść łyżkę miodu. Sprawiać sobie przyjemności. Być dla siebie dobra.

Może ludzie, którzy mają obsesję śmierci, przeczuwają, że to będzie super przygoda i jeśli nie mają tu czegoś przyjemnego do roboty, nie mogą się doczekać, kiedy opuszczą to miejsce.

Nikt nie uniknie pytania: jak chcesz mieć w życiu? co chcesz w nim mieć? z kim? Jeśli uniknie, to tylko po to, żeby egzystować jak mechaniczne sombie. Więc: jak chcesz mieć w życiu? co chcesz w nim mieć? z kim?

Zawsze tak jest, po czasie entuzjastycznego intensywnego odczuwania "wszystkiego" - wpadam w pętlę - zaliczam wodowanie - zatrzymuję się, bo muszę i słyszę w sobie odpowiedzi na te pytania. Wtedy pojawia się energia, żeby coś zrobić. Wraca Przygoda.

Pokrywa się to z cyklem hormonalnym - najpierw całą swoją energię inwestuję w M, skupiam na nim całą uwagę - w końcu "zatracam się" w nim, gubiąc zupełnie swoją tożsamość i poczucie, czego chcę ja - w końcu On ma tego dość i mnie znielubia - zaliczam zanurzenie, w którym od nowa znajduję siebie, bo nic innego mi już nie pozostaje. Niechęć M się rozpuszcza i znowu się spotykamy. I tak w obłędne kółko. Pozostaje zapytać: jak się w nim nie zatracać, jak zachować siebie.


Czy mądrość życia polega na tym, żeby się nie zabić za wcześnie? Tak zazdroszczę niektórym starym ludziom zdystansowanego spokoju - czy można przyspieszyć osiągnięcie tego stanu? Totalnie wszystko odpuścić i iść w stronę przyjemności.


Jestem na totalnym odlocie, a jednocześnie bliżej siebie. Czy jest możliwe, że słuchanie siebie podczas pisania jest równie skuteczne, jak rozmowy z terapeutą?


Doktor ostrzegał mnie przed analizowaniem.

 

 

wtorek, 13 marca 2018, czlowieknabiegunach

Polecane wpisy